Zaginione miasto D.
🐐
Z góry chciałabym zaznaczyć, że zdecydowanie nie jestem wymagającym widzem. Na tyle, że kinowa wersja Uncharted sprawiła mi dość dużo frajdy, a warto wspomnieć, że jestem fanką serii gier o Nathanie Drake'u.
Do najnowszego filmu z Sandrą Bullock podeszłam więc z wielkim optymizmem, bo już z góry wiedziałam, że będzie to typowe lekkie kino jak to u Sandry Bullock bywa. Każdy ceni sobie czasem jakieś głupotki dla relaksu. Dlatego też się nie zawiodła. Żarciki niskich lotów przeplatane pościgami i zaskakującymi zgonami bohaterów były naprawdę czymś całkiem w porządku. Co prawda chwilami efekty specjalne nie powalały, ale przynajmniej w odróżnieniu do wcześniej wspomnianego Uncharted, ja jako widz się tego spodziewałam więc i bawiłam się lepiej.
Duet Bullock-Tatum zaskakująco wyszedł. Jednak nie znam się na aktorstwie, chociaż bywają też profesjonalni recenzenci, którym tego brakuje.
Bullock jak zwykle piękna i mądra. Biega 3/4 filmu w swoim fioletowym, wypożyczonym kostiumie, który bynajmniej nie nadaje się do dżungli, ale to wiedzą wszyscy.
Tatum musiał oczywiście popisać się talentem tanecznym, jednak jego dość niemądra persona nie jest na tyle natrętna żebym pomyślała sobie zaraz, że to już robi się nudne.
Za to rola Brada Pitta zaskakująca, jeśli mogę tak powiedzieć. Więcej nie będę zdradzać, ale długo nie mogłam otrząsnąć się z szoku.
Jeśli już dwóch panów mamy za sobą to czas przejść do naszego bogacza - Daniel Radcliffe wypadł w swojej roli naprawdę przyjemnie. Jego osoba miotała się między kimś kogo chciałoby się uderzyć, a kimś, kto zdecydowanie potrzebuje mocnego przytulasa. Ciężko wiedzieć co o nim myśleć.
Wydaje mi się, że na tym zakończę bardzo ogólne przemyślenia, ponieważ zaraz północ, ja mam szkołę, a musiałabym napisać jeszcze o kilku postaciach, jednak one nie odegrały dla mnie jakiejś większej roli, a czasem nawet irytowały. No może prócz Randy. Randy była świetna. Naprawdę.
Bywajcie!

Komentarze
Prześlij komentarz