Miał być Morbius...

📷

 ...ale go nie będzie, bo totalnie zawaliłam sprawę. Miałam iść na 14:40, okazało się, że zarezerwowałam bilet na 13:40 i tak mija mi życie. Ale kto wie. Może pójdę jutro, pojutrze... Chcę w tym tygodniu. Zresztą zaraz też czeka mnie premiera Fantastycznych zwierząt, a ja jestem do tyłu o całe Zbrodnie Grindelwalda i nie mam pojęcia jak to nadrobić. Mogłabym pójść na maraton, ale siedzenie od 18. do 2. w nocy jakoś mi odpada. Boję się o swoje życie w drodze powrotnej, za duży dystans.

Także z racji mojego pecha i strachu, dziś napiszę coś o fotografii, ponieważ lubię to i nikt mi tego nie zabroni. 

Ciężko mi powiedzieć kiedy zaczęłam fotografować bardziej na poważnie, możliwe że było to na początku gimnazjum. Koleżanka zapewniła mnie wtedy, że lubi moje zdjęcia, a że jestem łatwowierna to uznałam, że jest to dla mnie szansa. Jakiś czas później dostałam swój aparat. Mimo wzlotów i upadków dalej się kumplujemy (ja i aparat, z koleżanką nie mam niestety kontaktu) i czasem popadamy w jakieś przelotne romanse (dalej mówię o aparacie).

Osobiście uważam, że to co robię jakoś mi wychodzi. Zresztą gdyby było inaczej to rodzina nie powierzyłaby mi chyba pracy fotografa na trzech chrzcinach. Tak się przynajmniej pocieszam, bo do technikum fotograficznego się nie dostałam. Jak się okazuje, słaby wynik z egzaminu gimnazjalnego przekreśla nagle twoje umiejętności i jeśli tylko komuś poszło lepiej to został przyjęty. A na własnej skórze doświadczyłam talentu tych ludzi. Niestety świat nie jest sprawiedliwy, a na robotę jako fotograf już nie liczę. Przynajmniej nie na pełen etat. 

Za to w przeciągu tych sześciu lat nauczyłam się wiele sama i jestem sobie wdzięczna. Gdyby nie to, że naprawdę sprawia mi radość pstrykanie i obrabianie tego wszystkiego to już dawno bym zapomniała o Canonie. Jednak hobby to hobby, które sobie cenię.

Mój progres

1. Zaczynałam od naprawdę jaskrawych zdjęć. Czasem miały wymiar bajkowy, teraz jak na nie patrzę to muszę złapać za okulary przeciwsłoneczne.


2. Później poszłam w bardziej komiksowy, graficzny styl, stonowałam kolory, za to polubiłam ziarno i kontrast.

3. Dużo czasu spędzałam na balkonie dręcząc najbliższych o asystę w ćwiczeniach i puszczanie bajek. Do tego dochodziły mdłe już zdjęcia zachodzącego słońca. Jakie to wzruszające i artystyczne, doprawdy piękne. Na tym etapie też powstało zdjęcie (nieba, no bo czego niby innego), które polubiło mi Muzeum Van Gogha i Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Chyba największe wyróżnienie jakie mogłam otrzymać.



4. Zdjęcia uliczne, pod wpływem chwili. Rzadko mi się to zdarza, ale śpiący kotek ma dla mnie jakąś wartość sentymentalną. Dalej cenię sobie tego pstryka.


5. Teraz jednak jestem na etapie zdjęć portretowych. Ogromną inspiracją są dla mnie dzieła Zdzisława Beksińskiego. Jego styl wzbudza we mnie naprawdę wiele emocji. Moim celem jest właśnie tworzenie czegoś takiego. Czegoś co wywoła może skrajne, ale emocje. Nie chcę tworzyć niczego bez wyrazu.



Powyższa lista jest zdaje się powodem dlaczego dalej robię to co robię. Nie da się ukryć, że mimo amatorskich umiejętności idę do przodu, co więcej, podoba mi się ten kierunek. Zdaję sobie sprawę, że czerń i biel nie jest jakaś wymyślna, ale mi jedynie chodzi o wyrażanie siebie. Dlatego każda forma sztuki jest zwyczajną frajdą.

Bywajcie!

Komentarze